Historie
Odnaleźć się w labiryncie? Nie zgubić się, lecz właśnie odnaleźć? Przyjechali przed południem. Czteroosobowa rodzina: Hania i Piotr, małżeństwo z dziesięcioletnim stażem, oraz ich dzieci: Basia i Michał. Eleganccy, ale ubrani stosownie do okazji. Kupili bilety, lecz nie weszli razem. Piotr musiał wykonać kilka służbowych telefonów, Hania zaś postanowiła obejrzeć rośliny w pobliskim sklepie. Basia, czując się od rana niezbyt dobrze, usiadła przy stoliku przed wejściem. Michał wyruszył samotnie na spotkanie przygody. Siedmioletni zdobywca Wszechświata, przed którym po wakacjach otworzy się świat edukacji. Cieszył się na myśl o szkole, zwłaszcza że potrafił już czytać, choć jeszcze nie całkiem płynnie. Przekraczając granicę labiryntu, dzierżył w dłoni kartkę z zadaniami do wykonania. Lubił wyzwania. Każdy sukces dawał mu poczucie, że tata jest z niego dumny. Bardzo mu na tym zależało. Michał wbiegł do labiryntu, zdeterminowany, by jak najszybciej odnaleźć wszystkie wskazane elementy. Skręcił w prawo, pędząc tak szybko, że trudno było mu się zatrzymać na zakrętach. Z czasem zwolnił, gdy po raz kolejny natknął się na ten sam punkt. Zniecierpliwienie mieszało się z refleksją: dlaczego ciągle wraca do początku, mimo że lista sukcesów rośnie? Jak w życiu – wciąż szukał uznania ojca, choć przed nim było jeszcze tyle do odkrycia. Piotr wszedł do labiryntu jako drugi. Kierował się prostą zasadą: jak iść, by się nie zgubić. W mroku labiryntowych alejek uświadomił sobie, że od kilku chwil o niczym nie myśli. "Jak w życiu" – pomyślał – "człowiek jest skazany tylko na siebie". W ciszy słyszał echo kroków syna. Uświadomił sobie, że ten pośpiech Michał odziedziczył po nim. Sam spieszył się przez całe życie: przyspieszona edukacja, dwa kierunki studiów, doktorat, rodzina, firma. Osiągnął sukces, którego wielu mu zazdrościło, ale czuł się trybikiem w maszynie, którą sam skonstruował. Co by się stało, gdyby przestał trzymać się utartych schematów? Może warto zacząć od labiryntu i skręcić w inną stronę. Basia, widząc zbliżającą się mamę, weszła do labiryntu spokojnym krokiem. Nie szukała przygody, po prostu szła przed siebie, przyglądając się drzewom i opadłym igłom. Było cicho. Czuła się samotna, zastanawiając się, co by się stało, gdyby się zgubiła. Czy ktoś by jej szukał? Po jakim czasie? Zaskoczyło ją poczucie obojętności wobec tego lęku. Po raz pierwszy zrozumiała, że bycie "inną" wcale jej nie przeszkadza. Hania weszła jako ostatnia. Już na początku zaczęła się martwić: co, jeśli dzieci wyjdą przed nią i Piotrem? A jeśli ona wyjdzie pierwsza, skąd będzie wiedzieć, czy wciąż są w środku? Miała poczucie, że powinni być razem. Myśl o rezygnacji z przejścia przemknęła jej przez głowę, ale po kilku zakrętach zorientowała się, że już nie wie, jak wrócić do początku. Zgubiła się, myśląc o tym, jak powinien wyglądać ich dzień. Zdała sobie sprawę, że jej życie jest podobne – zaplanowane, perfekcyjne, ale bez miejsca dla niej samej. Zwolniła. Nie chciała się spieszyć. Michał w końcu odnalazł wszystkie elementy i z uśmiechem wybiegł na zewnątrz. Dumny z nagrody, usiadł przy stoliku i delektował się nią. Chwilę później dołączyła do niego Basia. Usiadła obok i poczuła ciepło w sercu, dzieląc z bratem jego trofeum. Coś się zmieniło – w nim i w niej. Po kilku minutach pojawił się Piotr. Wyszedł tym samym wejściem, którym wszedł. "Może trzeba zacząć od nowa swoje życie?" – pomyślał z autoironią. Spojrzał na dzieci z czułością, uświadamiając sobie, jak bardzo je kocha. Kiedy dostrzegli Hanię, która pomachała im z daleka, a potem zniknęła w labiryncie, poczuli, że coś się zmieniło. Ten labirynt ich zmienił. Pół godziny później siedzieli w samochodzie, milcząc i podziwiając widoki za oknem. Michał zrozumiał, że nie potrzebuje podziwu, ale miłości i radości bliskich. Basia odkryła, że ma w sobie przestrzeń, którą może wypełnić tym, co dla niej ważne, i że to wystarczy, by nie czuć się samotną. Piotr pojął, że życie bez odrobiny fantazji staje się męczące. A Hania zrzuciła z barków ciężar odpowiedzialności za wszystko i zrozumiała, że najpierw musi zadbać o siebie. Czy można się odnaleźć w labiryncie? Można. Bo labirynt jest jak życie: zagmatwany, pełen iluzji, wprowadzający w błąd. Ale stwarza okazję do refleksji i oferuje wyjście z każdej sytuacji. Czasem nawet więcej niż jedno. A ten w Kamieniu Pomorskim – aż trzy.
Pozwól sobie na szaleństwo! Pozwól sobie stracić z oczu to, co ogranicza, niewoli, pęta. Pozwól sobie zapomnieć o obowiązkach, regułach, harmonogramie. Pozwól sobie zagubić się w labiryncie. Przyjechali w czwórkę. Rodzice w dwojgiem dzieci. Czasu urlopowego nie mieli wiele, więc spisali sobie w punktach, co chcą zobaczyć. Przeznaczyli na wszystko odpowiednią ilość czasu i ruszyli... Nie spodziewali się, że wizyta w labiryncie w Kamieniu Pomorskim zweryfikuje wszystkie ich plany. Nie tylko urlopowe. Witek, 16-letni licealista, już na starcie podjął decyzję, że będzie krążył po labiryncie na własnych zasadach. Chociaż nie był już dzieckiem, podjął się wykonania zadania, które dostają dzieci. Ot tak, dla zabawy. Jak szaleć, to szaleć! Napotkawszy każdy punkt, który miał odnaleźć, robił sobie z nim selfiaczka i wrzucał do sieci. Za każdym razem. Gdy ukazywało mu się wyjście, robił w tył zwrot i zanurzał się w korytarzach labiryntu. Pod zdjęciami koledzy zostawiali zabawne komentarze. Wszyscy się nieźle bawili. Aneczka, 14-letnia pannica wkroczyła w mrok alejek, ciesząc się na chwile spokoju bez brata, który dokuczał jej na każdym kroku, domyśliwszy się, że siostra podkochuje się w jego kumplu. Szła powoli. Gałązki tui raz po raz muskały jej sukienkę. Nie wiedzieć kiedy, zaczęła ujrzała siebie w przypałacowym ogrodzie, długiej sukni, aksamitnych pantofelkach i misternie utrefionej fryzurze. Uśmiechnęła się do siebie. Wyprostowała. I zaczęła nucić melodię. Iga, 39-letnia urzędniczka, wchodząc do labiryntu, zerknęła na kartkę z planem na dzień. Po labiryncie mieli jeszcze jeden punkt programu w Kamieniu, potem obiad nad Zalewem Kamieńskim i wycieczka do Międzyzdrojów. Spojrzała na zegarek. Piętnaście minut wystarczy. Szła obok męża, rozmyślając o obowiązkach, które na nich czekają po powrocie z urlopu. Po jakimś czasie myśli zaczęły się rozpuszczać, roztapiać. Spojrzała na zegarek. Ich czas – według jej grafiku – już się kończył. I nie wiedzieć dlaczego, powiedziała mężowi, że chce pobyć sama. I skręciła w przeciwną niż Paweł stronę. Paweł, 40-letni menager, przekroczył próg labiryntu z miną pełną pobłażania. Robi to dla dzieci, ale przecież doskonale wie, jak poruszać się w labiryncie. Szedł więc spokojnie trzymając się planu. Wnet usłyszał śmiech swojego syna, a po kilku minutach cichą melodię nuconą przez córkę. Pomyślał, że jego dzieci są szczęśliwe. I skręcił w inną stronę niż powinien. Po 30 minutach niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami, lunął deszcz, a Witkowi rozładował się telefon. „Ale czad!” - pomyślał. Gdy Aneczka poczuła na policzkach pierwsze krople deszczu, poczuła się jak roślina spragniona wody. Zatrzymała się i pozwoliła, by moknące włosy przyklejały się do twarzy. Zaczęła się śmiać do siebie. Paweł pozwolił sobie pierwszy raz od rozpoczęcia kariery zawodowej na beztroskę, puszczenie kontroli. To niby tylko wakacyjna przygoda w labiryncie, ale pozwolił sobie się zagubić. Miał wrażenie, że spływający po twarzy deszcz oczyszcza go w jakiś metafizyczny sposób. Iga, oddychając głęboko, czuła, jak jej ciało zaczyna się rozluźniać. Pierwsze krople deszczu sprawiły, że po raz pierwszy od urodzenia dzieci pomyślała o tym, jak bardzo dotąd była spięta i skupiona na swojej rodzinie. Spotkali się kilkanaście metrów przed wyjściem. Spojrzeli na siebie i zaczęli się beztrosko śmiać. Takiej przygody jak w labiryncie w Kamieniu Pomorskim nie przeżyli dawno. A może i nigdy.
